Papierowa Magia
"Pisanie nie polega jedynie na wyrażaniu myśli. To także głęboka zaduma nad wymową każdego słowa. Paulo Coelho" Ręce są pędzlami, słowa farbami, a płótno - czystą, niezapisaną kartką. By zobaczyć to co namalowane, potrzeba jedynie odrobiny wyobraźni. [A.E.SCOTT]
środa, 23 maja 2012
KSIĄŻKOWE SPOTKANIE BLOGEREK POZNAŃSKICH!
Hej Wam :D
Trzy dni po juwenaliach, a mi jeszcze adrenalina nie zeszła ;p Wręcz przeciwnie! Już planuje kolejne akcje...
Otóż razem z towarzyszką JARKOWE BAZGROŁY wpadłyśmy na pomysł zorganizowania Książkowego Spotkania Blogerek Poznańskich. Jak na razie termin jest "luźny" - proponuję 23 czerwca (sobota). Szczegóły zostaną ustalone dopiero, kiedy zbiorą się chętni i dopiero wtedy zrobimy burze mózgów ;) Niech każdy ma swój wkład w organizowanie spotkania ^_^
Są chętni?
w razie czego podaję maila: annascott19@gmail.com
piątek, 11 maja 2012
Nowy projekt ;) Wybrańcy Losu
Długo mnie nie było... Oj, tak... Wiecie, ostatni rok studiów, w czerwcu obrona dyplomu, więc mam malutkie, maciupeńkie urwanie głowy.
Ale... przynoszę coś na osłodę. Nowy projekt, który piszę w wolnym czasie. Mam już pierwsze 4 rozdziały. Jutro wezmę się za SP, a kiedy skończę... Tego nawet ja nie wiem. Mam w poniedziałek zaliczenie, a w czwartek ostatni egzamin, w dodatku ustny. Jednak partu SP możecie się spodziewać najwcześniej w przyszłym tygodniu :)
A teraz, przedstawiam cośka, czyli twór mojej wyobraźni, przy którego pisaniu wyśmienicie się bawię xD
Ale... przynoszę coś na osłodę. Nowy projekt, który piszę w wolnym czasie. Mam już pierwsze 4 rozdziały. Jutro wezmę się za SP, a kiedy skończę... Tego nawet ja nie wiem. Mam w poniedziałek zaliczenie, a w czwartek ostatni egzamin, w dodatku ustny. Jednak partu SP możecie się spodziewać najwcześniej w przyszłym tygodniu :)
A teraz, przedstawiam cośka, czyli twór mojej wyobraźni, przy którego pisaniu wyśmienicie się bawię xD
Rozdział I
- Eli! Śniadanie
na stole! Ruszaj się, zaraz Daryl przyjedzie!
- Daj mi dwie
minuty – odkrzyknęłam zniecierpliwiona. Inaczej mama stałaby przy schodach upierdliwie
mnie popędzając.
Z drukarki
wyskoczyła ostatnia kartka - esej na zajęcia z literatury, pisany w środku
nocy. Ostatecznie, to właśnie przez niego położyłam się spać koło trzeciej nad
ranem; wiersze z okresu późnego renesansu były tak fascynujące, że zupełnie nie
pojmowałam nawet jednej trzeciej wersu. Nienawidziłam przedmiotów
humanistycznych. W zasadzie tymi ścisłymi, a w szczególności fizyką, też gardziłam
i ze wzajemnością, ale nie darzyłyśmy się taką jawną niechęcią, jak w przypadku
historii czy literatury, gdzie daty, pojęcia i miejsca były, jak abstrakcyjny
obraz. Bezsensowne.
Za to sztukę,
plastykę i wychowanie fizyczne – uwielbiałam. Chodziłam do szkoły wyłącznie z
powodu tych przedmiotów. Rodzice głośno nie narzekali, że tak opornie szło mi
zdobywanie dobrych ocen, ale widzieli że się staram i gdy czegoś zupełnie nie
czaiłam, uczyłam się metodą wkuwania do późnej nocy. Albo godzin porannych. W
zależności jak na to spojrzeć.
No, ale powiedzmy
sobie szczerze…
Czy ktoś taki jak
ja, miałby czas na jakąkolwiek naukę?
Szczerze wątpię.
Wydruk włożyłam do
teczki i zamykając laptop jedną ręką, drugą już sięgałam po wielką szarą torbę
szkolną. Pakowałam się jednocześnie zbiegając ze schodów. To była jedna z najbardziej widowiskowych i zarazem nieudanych prób
samobójczych – tak ojciec wielokrotnie komentował moje upadki ze schodów,
jednoznacznie patrząc na moje prześmiesznie wysokie botki. Tak było i dzisiaj.
Tylko, że tata nie czekał na mnie przy drzwiach, ale spokojnie jadł śniadanie w
kuchni. Mimo to, kiedy podnosiła się dumnie z ostatniego stopnia, usłyszałam to
mruknięcie.
W kuchni zastałam
komplet naszej rodzinki. Tata właśnie przewrócił stronę gazety, a mama wkładała
naczynia z zaschniętymi resztkami wczorajszej kolacji do zmywarki. Kiedy
wcisnęłam się na krzesło obok ojca, ten zmierzył mnie znad prasy przeciągłym wzrokiem
uważne lustrując mój strój. Zaczyna się…
- Czy w ty
postradałaś zmysły? Tak ma wyglądać mundurek licealistki?
Wywróciłam oczami
biorąc do ręki karton mleka i zalewając nim moje musli.
- Dałbyś już
spokój Alan – westchnęła przeciągle mama programując zmywarkę ze zmarszczonym
czołem. Nigdy nie była fanką nowej technologii.
- Nie udawaj, że
nie widzisz, jak ona paraduje ubrana! Widziałem mundurki innych dziewcząt w
szkole Eli i one są w porządku. Spódnica do kolan, bluzka zapięta pod szyje i
krawat. A nasza córka oczywiście musiała postawić na swoim i wziąć się za
przeróbkę tradycyjnego stroju, którzy uczniowie tej elitarnej szkoły noszą od
przeszło stu lat!
- Powtarzam,
dramatyzujesz, kochanie – westchnęła teatralnie poprawiając dwie chińskie
pałeczki, które przytrzymywały jej roztrzepanego koka. - Spójrz na Daryl! Ona
też wprowadziła pewne nowości. Poza tym, co w tym dziwnego, skoro Eli jest na
profilu plastycznym? – dodała mrużąc wrogo oczy.
- Taa. Artystyczna
dusza.
Przysłuchiwałam
się tej małej utarczce słownej mieląc gumowe podróbki suszonych owoców. Tyle
razy mój strój, wygląd albo zachowanie, było tematem przewodnim w porach
posiłku, że nawet nie widziałam sensu w braniu czynnego udziału w tego typu
przegranej dyskusji. Tata, jako niezłomny konserwatysta był nieprzejednany w
walce z moim zaciętym charakterem, ale to mamę miałam całkowicie po swojej
stronie. W końcu ona, wielka artystka-malarka, poznała ojca będąc na tym samy
profilu, co ja, w tej samej szkole. A ojciec był zapalonym sportowcem z żyłą
bankiera. Jak widać, powstała mieszanka wybuchowa, znaczy się ja - całą duszą
oddana sztuce i sportowi. No… może nie całą.
- Cholera –
warknęłam cicho widząc, która godzina.
- Język! – rzucili
równo oboje. Tak, w tym akurat byli zgodni. By ich córka nie stała się bardziej
zdemoralizowana, niż już jest.
Wymamrotałam ciche
przeprosiny podrywając się z krzesła. Pocałowałam mamę i tatę w akurat momencie,
gdy z podjazdu dobiegło głośne trąbienie.
Nie powiem,
kochałam swoich rodziców. Z takimi problemami, jakie ze mną mieli, już dawno
inna para oddałaby dzieciaka do adopcji. Albo zakopali w ogródku pod osłoną
bezksiężycowej nocy. A oni dzielnie walczyli znosząc moje spóźnienia, wagary, całodniowe
nieobecności i wymykanie się w nocy, co zazwyczaj kończyło się przywiezieniem
do domu w asyście policji. Nawet z paroma policjantami z naszej dzielnicy byłam
po imieniu.
Moi kochani
rodzice woleli myśleć, że wpadłam w okres burzliwego dojrzewania, który wiąże
się z młodzieńczym buntem. Szkoda tylko, że trwa on niezmiennie odkąd
skończyłam dziesięć lat…
Wpadłam do
samochodu Daryl przerzucając przez oparcie torebkę.
- Kolejny
wspaniały dzień, co Słoneczko?
Moje wielce wymowne
spojrzenie sprawiło, że zaśmiała się perliście ruszając z piskiem opon.
Tej dziewczynie
nie przeszkadzał mój sarkazm, ani cięty język i wziąwszy pod uwagę tylko te
dwie cechy, wiadomym jest, że trudno ze mną wytrzymać. Byłyśmy całkiem
odmienne. Daryl to wysoka blond włosa piękność o szarych oczach i spojrzeniu,
które zwala z nóg każdego faceta. Czasem też zdarza jej się odbierać silne
bodźce od osobniczek tej samej płci. To dziewczyna z wyższej ligi. Wiecie, taka
co zostaje królową każdego szkolnego balu i chce się z nią umawiać niemal każdy
facet posiadający choć odrobinę testosteronu. I fakt, bardzo często zdarzało jej
się wykorzystywać swoje walory do samolubnych celów; choćby ostatnie wejście do
strefy VIP w najnowszym klubie. Z Daryl warto jest się trzymać nie tylko, że
wejdzie wszędzie tam, gdzie przeciętny człowieczek nawet okiem nie może rzucić,
ale też dlatego, że jest wierną przyjaciółką, która zachowuje wszystkie sekrety
dla siebie. Nie jest wredną pustą laską uwielbiającą plotkować. Mogę do niej
zadzwonić o czwartej nad ranem, by przyjechała po mnie do miasteczka oddalonego
o sto mil od Edynburga i przyjedzie bez pytań. Z kawą. Podwójną caramel
macchiato.
- Znowu twoja
spódniczka skurczyła się w praniu o dwa centymetry, czy może mi się wydaje?
- Jakbyś sama się
do tego stosowała – odcięłam się przerzucając włosy przez ramię.
- Wiesz,
zasadniczo jestem w klasie z przedmiotami ścisłymi, a nie na projektowaniu i
wzornictwie, niemniej posiadanie utalentowanej przyjaciółki ma swoje plusy u
profesorów.
- Flirtujesz z
tymi starymi capami? Od kiedy tak ci się zepsuł gust?
- Poważnie, Eli,
wyciągnij swój umysł z rynsztoka. Ale mimo to, uważam, że twoje ciuchy są
naprawdę boskie. Powinnaś poważnie pomyśleć o studiowaniu na jakiejś paryskiej
uczelni. Może za kilka lat będziesz konkurować z takimi markami jak Chanel albo
Vitton?
Skrzywiłam się na
ten pomysł. Fakt, całkiem dobrze radziłam sobie z kartką i ołówkiem, prawie tak
samo, jak igłą i nitką, ale żeby od razu startować do szkoły dla młodych
projektantów? Dla mnie nie ma przyszłości w żadnym z zawodów. No, ale
postanowiłam, że tym razem nie wypomnę tego małego nietaktu Daryl. W końcu to
ona wiezie mój tyłek do szkoły.
- Tia. Żebyś miała
zniżki na światowe marki?
- Jak kocham ten
twój bystry umysł.
Odpowiedziałam jej
tym samym uśmiechem i przeniosłam wzrok za szybę.
Właśnie wjeżdżałyśmy
na parking elitarnej szkoły imienia Charlesa Johna Huffama Dickensa
znanej w całym skraju. Uczyły się tu zarówno dzieciaki znanych polityków, jaki
i przeciętni obywatele. Chociaż może nie tacy przeciętni, skoro ich starych
stać było na roczne czesne w wysokości około czterdziestu tysięcy funtów. Ale
fakt, jeśli trafiło się do tej szkoły, miało się idealny start w przyszłość. Z
reguły po ukończeniu szkoły to nie ty latasz z dyplomem po uczelniach, ale to
uczelnie pukają same do twoich drzwi. I w parę lat później, z imponującym
tytułem przed nazwiskiem, to nie ty wysyłasz CV i biegasz na spotkania w
sprawie pracy, ale to pracodawcy szukają z tobą kontaktu. Nie wiem, czemu
akurat tę szkołę wybrali moi rodzice; może bali się, że nie dam sobie rady w
przyszłości z moim diabelskim charakterem, albo przez sam sentyment do tej
placówki? Kto wie...
Daryl zręcznie
wjechała na wolne miejsce parkingowe, gasząc silnik, gdy zabrałam nasze torebki
z siedzenia. Otworzyłam drzwi, wychodząc na zalany majowym słońcem parking.
Sekundę później u mojego boku pojawiła się Daryl, a odbierając swoją torebkę z
logo D&G, poruszyła szybko brwiami.
- I co ten znak ma
oznaczać?
- Jesteś moją
przyjaciółką i nie wiesz?! – Zganiła mnie groźnym szeptem, na co tylko wzdrygnęłam
ramionami odchodząc. – Dobra, powiem ci normalnie. Ten sygnał oznacza, że
„facet za moimi plecami gapi się na ciebie”.
Uniosłam wysoko
brwi zerkając na nią zza ciemnych okularów.
- Chyba na twój wystający
tyłek. Wiesz, zapomniałam ci powiedzieć, że jak wysiadałaś to podniosła ci się
spódniczka.
Daryl pisnęła głośno
i chwyciła się za pośladki, a ja stwierdziłam, że dla własnego bezpieczeństwa
dobrze będzie jeśli przyśpieszę kroku.
- STEWART TY…
-Powstrzymaj język
Braday, bo znowu wylądujesz w kozie za wykrzykiwanie wulgaryzmów pod adresem
koleżanki – zagłuszyłam dość ostre słowo, jakie przyjaciółka wrzasnęła na cały
parking.
- Bo mnie
prowokujesz – fuknęła naburmuszona, a jej obcasy niebezpiecznie wbijały się w asfalt.
- Ostatnio też
próbowałaś tego argumentu na nowym profesorze od biologii i jakoś nie uratowało
cię to od trzygodzinnej odsiadki – przypomniałam skrzętnie przytrzymując dla
niej drzwi wejściowe.
Ta tylko wystawiła
mi język zarzucając na ramie torebkę.
- A dla twojej
informacji… Owy przystojniak w piątek na wuefie zrobił sobie szybki lunch z własnych
nieczystości z nosa.
Sądząc po
odgłosach, Daryl już nigdy więcej nie spojrzy na tego chłopaka, ani tym
bardziej nie nazwie go przystojniakiem.
Weszłyśmy do
zaciemnionego hallu i niemal od razu przyciągnęłyśmy na siebie zazdrosny wzrok
większości dziewczyn. No tak, ja może nie byłam aż tak popularna co Daryl,
niemniej zostałam towarzyskim wyrzutkiem większości kujonic, za samo trzymanie
się z Kobietą Diabła. Uwierzcie mi, w takim miejscu jak to, uroda nie idzie w
parze z pomocą koleżeńską na lekcjach. Jeśli nie jesteś typową kujonicą noszącą
białe rajstopy, spódnicę do kolan w kratę i białą zapiętą pod szyję bluzkę, nie
masz małych piersi, które ledwo kwalifikują się do miseczki A, albo szopy na
głowie i grubych pingli - jesteś dziwadłem. Także, ja i Daryl w innych liceach
byłybyśmy ulubienicami szkoły, jednak w tym miejscu mamy zupełnie przechlapane.
No i nasze
indywidualne zmiany w mundurkach. Cóż, rada pedagogiczna nie była nimi
zachwycona, ale pani Rich, nauczycielka od projektowania i wzornictwa poparła
nas, jako „przykład unowocześnienia szkoły rzucając rękawice moralności” i tym
samym rozpętała ogólnoszkolną wojnę z pastorem wykładającym etykę. Nic o tym
nie wiem, żebym rzucała jakąkolwiek rękawicę.
- Powiedz, idziesz
dzisiaj to tego klubu, w którym byłyśmy w ostatni czwartek? – spytałam
dochodząc do szafki, którą miałam tuż obok Daryl.
Zmarszczyła brwi w
zamyśleniu wstukując pin do elektronicznego zamka.
- Jeszcze nie
wiem, a co?
- Po prostu… Muszę
coś załatwić.
Spojrzała na mnie
przeciągle. Tak, dobrze pamiętałam, co jej obiecałam.
I muszę oduczyć
się wywracania oczami! Robię to tak często, że to powoli zaczyna mnie irytować.
- Nie ma problemu.
Dam znać, jak skołuję ekipę.
- W porządku.
- To nie jest nic
niebezpiecznego, prawda? – Dodała, rzucając niepotrzebne książki do szafki,
zostawiając tylko wypracowanie i książkę do literatury angielskiej.
Zerknęłam kątem
oka na przyjaciółkę mrugając z uśmiechem.
- Spokojnie, tym
razem nie dopuszczę do żadnych siniaków.
- Siniaków?! – Wrzasnęła
lekko, czym zwróciła na siebie uwagę kilku powtarzających przed zajęciami uczniów.
– Dziewczyno, to były wielkie, fioletowe sińce! I koleś o mało nie wyrwał ci
ręki!
- Daryl, wrzuć na
luz. Nie pierwszy raz widziałaś coś takiego.
- No tak, ale… Mogłaś chociaż pozwolić się zawieść do
szpitala.
- I co, twoim
zdaniem, miałam im powiedzieć?
Westchnęła przeciągle
masując skronie. Czarny lakier na jej paznokciach zamigotał groźnie.
- No właśnie.
I wtedy, przy tej
niewinnej i swobodnej rozmowie, kątem oka zauważyłam srebrnoszarą aurę.
- O nie… -
jęknęłam przeciągle patrząc na staruszkę idącą za chłopakiem rok młodszym ode
mnie. Szkoda tylko, że nikt inny jej nie widział, ani nie czuł.
Daryl nie ma
racji.
Nigdy nie zostanę
projektantem.
Prędzej drugim Van
Hellsingiem.
______
I jak? ;>
niedziela, 22 kwietnia 2012
Rzeczpospolita Babska Literkami Pisana przedstawia… Z PAMIĘTNIKA POLSKIEGO PISARZA cz.2
Szansie, też trzeba dać szansę.
Weźmy pod lupę
naszą miksturę. Mamy tematykę, która przyciąga czytelnika, wabi go i mami. Mamy
bohaterów, których plastyczność poraża i do których można przywiązać się
emocjonalnie. Mamy zapierającą dech akcję, błyskotliwe dialogi, które pisało
życie i lawinę realizmu. Wszystko to mieszamy w kociołku zwanym „Polska”. A
jeśli i tak zostajemy odesłani z kwitkiem?
Co jest wtedy ratunkiem?
Konkursy literackie. Otóż to właśnie one
wyrastają, jak grzyby po deszczu, nieprzerwanie od kilku lat. Literacki Debiut
Roku zainicjowany przez Novae Res, Świat Kobiety 2012 z ramienia Repliki,
Horyzonty Wyobraźni oraz, dopiero co zakończony konkurs powstały z inicjatywy
portalu „duże K” – Romantyczny, Fantastyczny i Kryminalny Konkurs Literacki,
gdzie w trzech składach jury zasiądą między innymi Romuald Pawlak, Magdalena Kałużyńska, Piotr Dresler, Anna Klejzerowicz , Robert Ostaszewski, Maria
Ulatowska, Mariola Zaczyńska. Doborowe towarzystwo, można powiedzieć śmietanka
współczesnych pisarzy. Miejsce w fotelu jury już grzeje Agnieszka
Lingas-Łoniewska i zaciera niecierpliwie ręce: - To
olbrzymie wyróżnienie i jednocześnie niesamowita zabawa! Jestem bardzo ciekawa
jakie miłosne historie wymyślili uczestnicy konkursu i nie mogę się doczekać
momentu, gdy spłyną do mnie pierwsze prace.
Oni wszyscy mają jeden cel - zmotywować ludzi do czytania i
pisania, zmobilizować do kreatywnego myślenia i optymizmu, zaszczepić u nich
optymizm i nadzieję, i znaleźć nową literacką perełkę. Bo „a nóż, widelec,
łyżeczka się uda”: - Nie mając żadnych
znajomości ani wiedzy, przed posłaniem pliku z propozycją do wydawnictw,
przeczytałam wszystko, co znalazłam w necie na ten temat i uznałam, że nie mam
najmniejszej szansy. Dziś powtarzam wszystkim, że szansie - też trzeba dać
szansę, czyli o marzenia trzeba samemu zawalczyć.- wspomina Jolanta
Kwiatkowska.
Przymierając
głodem…
Niestety, autor absolutnie nie jest zawodem, z
którego można wyżyć. Średnio pisarz dostaje od 5 do 10 procent ceny okładkowej.
Przeważnie honorarium jest jednak znacznie wyższe w przypadku tzw. gwiazd
literackich. W Polsce wytworzyła się grupa pisarzy, którzy wyżyją tylko z
pisania. Jednak, w tym miejscu Was rozczaruję. Owa garstka liczy sobie około 20-30 osób. Jak wejść do tego grona?
Och, to bardzo proste! Trzeba sprzedać przynajmniej 50 tys. egzemplarzy jednej
książki. Wydaje się niewiele? Nie w praktyce. Tylko z pisania utrzymują się
caryce literatury kobiecej: Katarzyna Grochola, Monika Szwaja oraz Małgorzata
Kalicińska. Ostatnio dołączyła do nich Małgorzata Gutowska-Adamczyk, autorka
"Cukierni Pod Amorem", „sprzedająca się” w 150 tys. egzemplarzy. Podobnie
jest w przypadku Wojciecha Cejrowskiego czy Janusza Leona Wiśniewskiego. Jednak
jeśli jest się nowicjuszem na rynku, najlepiej jest zachować swoją stałą
dotychczasową pracę, a pisanie potraktować
jako hobby.
Ale wchodząc w szczegóły… Niewielu z nas wie,
na co idą pieniądze z zakupionej książki. Otóż, przyjmijmy, że właśnie
kupiliśmy trzystustronicową książkę z działu beletrystyki i zapłaciliśmy za nią
przeszło 40 złotych. Z tej ceny wydawca musi zapłacić hurtowni - około 20
złotych i drugie tyle dla samej księgarni. Produkcja dostaje 4 złote
wynagrodzenia, redakcja w skład której wchodzi, korekta, grafik, łamanie i
papier – 3 złote. Dalej. Na promocję książki trzeba odłożyć 2-4 złotych, bo
przecież wydawnictwo nie finansuje z dobroci serca bilbordów, plakatów i reklam
w prasie czy radiu. Zostaje jeszcze 2-4 złote samego zysku wydawnictwa, no i
oczywiście podatek za książkę to cała złotówkę. I to chyba wszystko… A, nie,
przepraszam. Autor zarobi całe solidne 2-4 złote.
Po tym stosunkowo krótkim rozrachunku
obliczonym przez Gazetę Wyborczą pod koniec maja 2011 roku, zadałam Jolancie
Kwiatkowskiej pytanie (zaraz po tym, jak pozbierałam zęby z podłogi): - I z tego można wyżyć?!, - Nie – odpowiedziała patrząc na mnie, jak
na wariatkę.
Więc po co się męczyć? Samo pisanie to nie
pstryknięcie palcem. To praca w pocie czoła nad każdą literką, gdzie nad
poszczególną postacią i pomysłem trzeba się przygarbić. Więc powstaje pytanie:
czy to ma sens? W piękny sposób powiedziała to Kornelia Romanowska: - W Polsce nie da się z tego wyżyć, a ja po
prostu lubię pisać. Jeśli mi to wychodzi, a ludzie chcą to czytać, to mój
największy sukces. Cała reszta to tylko otoczka.
„Książki
warto pisać tylko wtedy, jeśli przekroczy się ostatnią granicę wstydu;
pisanie jest rzeczą bardziej intymną od łóżka; przynajmniej dla mnie”
pisanie jest rzeczą bardziej intymną od łóżka; przynajmniej dla mnie”
— Marek
Hłasko
Słowa te nie szokują, ale
skłaniają do refleksji nad każdym jego słowem. W końcu pisarz obnaża w książce
swój zamknięty świat wyobraźni, ogałaca się i wystawia na krytykę swoje
wnętrze, swoje idee i myśli. Ale co powiemy o granicy dobrego smaku?
Kilka dni temu w zapowiedziach
salonu Empik pojawiła się pozycja „Wybaczcie mi” napisana przez Izabelę
Bartosz. Ładny tytuł – łzawy, można powiedzieć, literatura kobieca. Ale rzut
okiem na opis i okładkę i czuję, jak emocje zaczynają buzować, nieznośnie
mrowiąc pod skórą. Książka przedstawia młodą, zapłakaną kobietę z żałosnym
wyrazem twarzy. Tą kobietę mieliśmy i niezmiennie mamy okazję podziwiać od
końca stycznia. „Wybaczcie mi” to nic innego, jak biografia Katarzyny Waśniewskiej,
mąciwody którą zna cała Polska. Wydawca tak prezentuje swoje nowe dzieło: „Katarzyna Waśniewska. 22 lata. Szczupła, drobna.
niepozorna. Wygląda jak nastolatka. Mama półrocznej Madzi. Cała Polska poznała
ją, gdy szlochając błagała porywacza, aby oddał jej córkę, jej największy
skarb. Poruszeni byli wszyscy. Aż okazało się, że matka kłamie. Że dziecka
wcale nie porwano. Mała Magda upadła i się zabiła, a matka jej zwłoki zakopała
w parku. Media zawyrokowały, że takiej tragedii w Polsce jeszcze nie było.
Wszyscy poczuli się oszukani. Fala nienawiści do Katarzyny wzrastała z każdym
dniem. Większość ludzi życzyła jej śmierci, najlepiej ukamienowania.”
Bomba wybuchła. Fora literackie i portale
społecznościowe pękały w szwach. Fala krytyki spłynęła na Empik, który jako
jeden z pierwszych odważył się wystawić książkę w przedsprzedaży. Wczoraj salon
wycofał książkę dodając, że czeka na stanowisko wydawcy i pisarki.
Zatem, gdzie leży granica dobrego smaku? Jako
recenzentka literacka mam odczucie, że tym razem, przy tym konkretnym tytule
moralność i etyka zostały brutalnie zgwałcone i puszczone z dymem.
To chore – krytykuje Romanowska, także
recenzentka literacka. - Osoba,
która książkę napisała powinna mocno
stuknąć się w głowę. Robią z tej kobiety postać medialną. (…) W jakim żyjemy kraju,
że taka osoba dostaje ochronę, piszą o niej książki, próbują wybielić. Taką
kobietę powinni zamknąć i przestać robić z niej pokrzywdzoną, bo mnie aż mdli
jak o niej słyszę. A sądzę, że takich jak ja jest zdecydowanie więcej.
Istotnie, opinię Romanowskiej podziela wiele osób.
„Żeby w takim
tempie wydawano książki, na które czekamy! Sprawność NIEBYWAŁA!! Kasa, kasa!”,
„Nowa schiza narodowa...”, „Żałosne! Czego się nie zrobi "dla kasy" a pomijam fakt żerowania, a ta laska mogłaby dać sobie
spokój. Ona, próbuje zrobić karierę na śmierci własnego dziecka”, „Chamstwo
połączone z łajdactwem”. Oczywiście, to te
najbardziej cenzuralne komentarze.
Świat zawsze kręcił się wokół pieniądza, a
pisanie nie stanowi i tu odrębnej dziedziny. Pozostaje tylko pamiętać, że są
pewne umowne granice, których się nie przekracza, by nie wzniecać burzy w
szklance wody. Wydaje mi się, że w tym miejscu adekwatne będzie przytoczenie
słów przysięgi Hipokratesa: Po pierwsze, nie szkodzić. I nie pisać z założeniem
bycia pisarzem, ale pisać z powołania.
Pisanie nie
polega jedynie na wyrażaniu myśli. To także głęboka zaduma nad wymową każdego
słowa - Paulo Coelho
Może rozczaruję, ale nie ma dobrego i
sprawdzonego przepisu na książkę. Ani magicznej receptury zostania pisarzem. Tu
liczy się swoisty dar. Reszta zależy już tylko od artysty. Ręce są pędzlami,
słowa farbami, a płótno - czystą, niezapisaną kartką. By zobaczyć to co
namalowane, potrzeba jedynie odrobiny wyobraźni.
* artykuł - lub esej, jak określił mój projekt, ulubiony wykładowca grupy dziennikarskiej WSUS - red. Andrzej Niczyperowicz - powstał na potrzeby zaliczenia przedmiotu. Jednakże redaktor postawił warunek - dostaniecie wpis, jeśli będziecie się starali gdzieś przepchnąć artykuł. Z pamiętnika polskiego pisarza zdobył wiele kwiecistych pochwał z ust redaktora, toteż publikuje swoje wypociny zarówno tu, na blogu, jak i na portalu muzol.pl
Zachęcam do odwiedzania tej strony. Grupa naprawdę zdolnych młodych ludzi publikuje super teksty, recenzje, artykuły... No nie sposób nie mówić o nich w samych superlatywach ;) Polecam xD
A Panu Redaktorowi , dziękuję za te semestry spędzone na uczelni. Wiedza ogromna, świat szeroki, ludzi tłum - nic tylko czerpać garściami... albo pisać i posyłać w eter! W tym miejscu Pańska nauka nie poszła w las :)
Rzeczpospolita Babska Literkami Pisana przedstawia… Z PAMIĘTNIKA POLSKIEGO PISARZA cz.1
Rzeczpospolita
Babska Literkami Pisana przedstawia…
Z PAMIĘTNIKA POLSKIEGO PISARZA
Podziwiać swoje nazwisko wybite złotymi
literami na grzbiecie książki, która uklasyfikowała się na szczycie listy
bestsellerów… Marzenie wielu. Ale tylko garstka jest w stanie zdobyć laur
uznania i światową sławę. Ewentualnie ta krajowa stanowi nagrodę pocieszenia.
Bo bycie pisarzem to nie dziecinne mrzonki, które bledną wraz z upływem lat. To
lata dyscypliny, by zdobyć rzecz unikatową – własny niepowtarzalny styl. Pisanie
do szuflady to tylko początek wyboistej drogi przyszłego debiutanta, ale i ta
nie jest usłana różami. Czy współczesnego pisarza otacza błysk fleszy, blichtr
i powodzenie materialne? Czy istnieje przepis na dobrą książkę, tak zwaną
one-shot, a która zapewni wieczną sławę?
„Wiesz, że gdy
nie zdecydujesz się teraz, to już nigdy?”
Może nie każdy jest, jak Jacek Dukaj. I nie
każdemu jest pisana sława Katarzyny Grocholi. I na pewno nie znajdziemy drugiej
Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. Bo ilu jest pisarzy, tyle jest
warsztatów, a każda powieść to inne przygotowanie, inny pomysł i styl. Są
różni, jak różne są płatki śniegu; są odrębnymi istotami, których łączy jedno –
pasja pisania. Są znani w większym, bądź mniejszym stopniu, ale wyróżnia ich
spośród anonimowego tłumu jedno – dzieła opatrzone ich nazwiskami znajdziemy na
księgarskich półkach.
Jolanta
Kwiatkowska nie urodziła się ze złotym piórem w ręce, ale od dziecka czuła
„pociąg” do książek. W wolnym czasie czytała, pisała pamiętniki, jak każda
nastolatka. I nie cierpiała powiedzenia pani polonistki, która kazała młodej
Joli pisać wypracowania na minimum cztery strony: - Określenia minimum, nie lubiłam od małego. Ograniczeń, też nie. Dlatego
pisałam „wypracowania”, zapisując całe zeszyty i zawsze dostawałam dwa
stopnie, bo moja polonistka była wyjątkową kobietą. Dlaczego? Już mówię. Jeden
stopień to była dwója za nieczytelne pismo. Drugim była piątka z… Nie, nie
z plusem. Z komentarzem: „Nie odszyfrowałam wszystkiego, ale
napracowałaś się i te trzy, cztery strony na pewno są dobre”. Potem,
w ramach wieloletniej zaległości w „porządkowaniu” wszystko podarłam
na strzępki i wyrzuciłam – wspomina
pisarka w wywiadzie dla portalu kobieta50plus.pl.
Marzenia o burzliwej karierze poczytnego
autora to tylko marzenia. Dla niektórych rzeczywistość jest mniej lub bardziej
brutalna, inni jak Jolanta Kwiatkowska witają z otwartymi ramionami to, co
przynosi im los. W rozmowie ze mną uchyliła rąbka swojej tajemnicy: - Nie pisałam i nie piszę dla
samorealizacji. To co robię, traktuję jako rozmowę z rodzinną i bliską mi
młodzieżą, z młodszymi znajomymi i zaprzyjaźnionymi rówieśnikami. W
bezpośrednim kontakcie czasami bardzo trudno jest dyskutować na wiele tematów,
bo każdy, w tym i ja, chciałby te swoje „racje” wynikające z własnych, tak
różnych doświadczeń, umieścić poza kolejką najbliżej podium. Czas na rozmowy o
życiu jest dziś bardzo ograniczony. Dlatego zaczęłam pisać, by móc im
opowiedzieć pewne historie, powiedzieć jakie jest moje widzenie tego, co nam
się w życiu przytrafia i odpowiedzieć na wiele pytań, na które w bezpośredniej
rozmowie tak trudno jest znaleźć odpowiedź. To, co napisałam, drukowałam i
dawałam bliskim i znajomym do przeczytania.
W tym miejscy dodam
wycinek z wywiadu dla kobieta50plus.pl. Magiczny wycinek, który oddaje całe
romantyczne jestestwo Jolanty Kwiatkowskiej:
I któregoś dnia głos w mojej
głowie spytał: „Wiesz, że gdy nie zdecydujesz się teraz, to już nigdy?”.
I to - nigdy, tak mnie wystraszyło, że wydrukowałam wszystkie
i wysłałam. Ukazanie się pierwszej książki zaskutkowało śpiączką i śnię,
śnię, śnię….
Słuchając odgłosów tętniącego życiem świata.
Umysł pisarza musi być nastawiony na odbiór
dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodni, trzysta sześćdziesiąt
pięć dni w roku. Zmysł obserwatora to niewątpliwy atut, ale najważniejsza jest
wyobraźnia i kreatywność. Dobra książka to przede wszystkim akcja, bohaterowie
i fabuła. Jednak coraz częściej zatraca się przesłanie. Doceniamy klimat, styl,
pomysł, dialogi i same zdarzenia. I w tej dżungli dodatków gubimy to, dla czego
powinniśmy czytać książki. Wiele pozycji z dobrym i ambitnym przesłaniem nie
dosięga do pięt komercyjnym tytułom, które zdobywają szczyty list TOP za sam
banalny temat. Coraz więcej trafia się książek, przy których czytelnik nie musi
zarywać nocy, bo smoliste wydarzenia nie stoją na przeszkodzie, by odłożyć
książkę na szafkę i położyć się spać. Szuka czegoś banalnego podczas, gdy
prawdziwe perełki kryją się w cieniu swoich prześladowców. Właśnie w takim
gąszczu starają się wzejść nowe latorośle.
Kornelia
Romanowska debiutowała w zeszłym roku książką „Puszka Pandory”. Sam pomysł i
wykonanie stanowiły połowę sukcesu. Drugim było zwrócenie uwagi
wydawnictwa. Nie wtajemniczyła nikogo w
swój plan, nie robiła wokół siebie szumu: - Moi
bliscy nie wiedzieli. Jedynie chłopak. Całej reszcie nie mówiłam, myśląc
pesymistycznie, że nie będzie żadnego odzewu, więc nie ma co robić nadziei im
ani sobie. Wysłała książkę do jednego wydawnictwa. Nie pięciu, nie
dziesięciu, czy dwudziestu, ale do jednego jedynego. Jej szanse były równe
zeru. Ale trzy miesiące później przyszedł mail. „Puszka Pandory” została
przyjęta w lutym, jednak dopiero w listopadzie ujrzała światło dzienne: - Teraz mój światopogląd się trochę zmienił,
ale wtedy postawiłam sobie wszystko na jedną kartę.
Inną drogę obrała Agnieszka Lingas-Łoniewska,
znana internautom z forów literackich, jako Agnes_scorpio. Na chwilę obecną w
ciągu dwóch lat wydała sześć książek, w tym jedną w Stanach Zjednoczonych: - Wcześniej umieszczałam swoje książki w
internecie, dodając codziennie kolejne rozdziały. I gdy grupa moich Czytelników
powiększała się z dnia na dzień, po zakończeniu „edycji” postanowiłam coś
zrobić z moim tekstem i zaczęłam szukać wydawcy. Pierwsza odpowiedź przyszła po
około 3 miesiącach. Potem cyklicznie spływały kolejne odpowiedzi, zarówno te
akceptujące tekst, jak i odrzucające go. Cały proces wydawniczy trwał około 6
miesięcy i składały się na niego: korekta redaktorska, korekta autorska, dobór
okładki, poprawki w egzemplarzu sygnalnym.
Pisarz przypomina mi lalkarza bawiącego się
marionetkami. On jest ich panem, ich Bogiem i tylko, i wyłącznie od niego
zależy, czy zginą śmiercią tragiczną, czy czeka ich nieszczęśliwa miłość, czy
też historia będzie miała swój happy end. Ich los w jego rękach. Tylko musi
mieć plan i pomysł… A skąd się biorą pomysły? Szkoły są dwie. Dla niektórych najlepsze
pomysły to takie, które biorą się z… powietrza. Inni nasłuchują, prowadzą
obserwacje, często nieświadomie. - Czasami
jest to błysk i nagle w głowie pojawiają się setki sytuacji i bohaterów. Ale
często jest na odwrót. Gdzieś coś usłyszę, gdzieś coś przeczytam, ktoś mi
opowie coś ciekawego, a mój mózg już zaczyna pracować na najwyższych obrotach i
myślę nad tym, gdzie to wszystko umiejscowić, jak się za to zabrać. Ale fabuła
i plan zazwyczaj zmieniają się u mnie zbyt często. Piszesz i masz w głowie
wszystko ułożone i nagle twoi bohaterowie zaczynają żyć własnym życiem i
zauważasz, że całkowicie zmieniasz sytuacje, w których mieli się znaleźć –
zdradza Romanowska.
Jej zdanie podziela Jolanta Kwiatkowska, która
wśród czytelniczek zdobyła laur uznania za fenomenalne realistyczne
powieści: - Najlepsze i najbardziej zaskakujące
scenariusze pisze samo życie. Każdy z nas zna
wiele historii z życia naszych dziadków, rodziny, znajomych (…,)które nadają się na temat powieści. Gdy zbierzemy
odpowiednie fragmenty, dodamy cząstki własnych, doprawimy fikcyjnymi elementami
i dosmaczymy własnymi emocjami mamy gotową powieść. Moim wkładem jest tylko
wystukanie danej historii na klawiaturze, zapisanie pliku i wysłanie do
wydawnictwa.
Krytyka ma dwa lica
Niejednokrotnie
ryzyko się opłaca, a i los wynagradza starania z nawiązką. Na przestrzeni lat
zdobywa się potrzebne doświadczenie i swoisty dystans. Oraz coś ważnego, czego
żadna kąśliwa recenzja nie odbierze wprawionemu autorowi – wiernych
czytelników. Szczególnie ciepłym uczuciem darzy swoich fanów Agnieszka
Lingas-Łoniewska, co nie uszło uwadze menagerowi wrocławskiego Empiku, gdy
podczas jednego z zeszłorocznych spotkań autorskich powiedział: - Gościła pani u nas kilka miesięcy temu.
Wtedy była tu zaledwie garstka osób, a teraz musieliśmy dostawić krzesła! No i
rozpoznaje parę twarzy z ostatniego spotkania. Ma pani naprawdę wiernych fanów!
Sama autorka podchodzi do spotkań autorskich w bardzo emocjonalny sposób. Swoje
pierwsze spotkanie z czytelnikami wspomina z olbrzymim sentymentem: - Pamiętam, jak bardzo się wówczas
stresowałam, jak drżał mi głos, jak się ich bałam, a zarazem nie mogłam się ich
doczekać. Rozmowy z czytelnikami są zawsze miłe, przyjazne i pełne swobody. Jest to moje hobby, jest to moja pasja, żyję tym i
chcę to robić do końca świata - mojego oczywiście. O ile
starczy mi sił, pomysłów, a wena nie ucieknie przede mną z krzykiem.
Każdy pisarz musi się liczyć z krytyką… i to
chyba właśnie jej boją się najbardziej. Kilka miesięcy temu w całkiem swobodnej
rozmowie z autorką usłyszałam, że z perspektywy lat i doświadczenia w roli
pisarki uznaje, że znacznie prościej jest wydać książkę. Najgorsze według niej
jest czekanie na opinie czytelników i recenzje czołowych krytyków literackich.
Wielokrotnie wyróżniana i nagradzana za swoją twórczość
Agnieszka Lingas-Łoniewska nie raz i nie dwa spotkała się z negatywną opinią na
temat własnych powieści. Owe niepochlebne recenzje pojawiały się w Internecie,
gdzie anonimowość to dodatkowy bodziec odwagi: - (…) Było kilka takich, które mnie rozgniewały, na przykład post na
pewnym księgarskim portalu, który obrażał nie tylko mnie, ale i mojego męża. Ale...
to nie czas, aby przejmować się krakaniem frustratów. Należy realizować się w
tym, co się kocha robić, a wrony zawsze będą krakać, odważne wówczas, gdy mogą
robić to incognito.
„Stawiamy na Polaków!”
Łut szczęścia
Kornelii Romanowskiej nie uosabia innych pisarzy. Problem pojawia się dopiero, gdy
jesteśmy częścią całkowicie anonimowego tłumu, który szturmem dobija się do
drzwi każdego możliwego wydawnictwa. Jedno z nich, wydawnictwo Pisze Się na swojej stronie internetowej
deklaruje: Każdego
niemal dnia autorzy z potencjałem są odsyłani z kwitkiem przez różne
wydawnictwa. Teksty wędrują od wydawcy do wydawcy, ich twórcy zaś tracą wiarę w
siebie i zaniedbują warsztat. Wydawcy odrzucają materiały z wielu powodów:
ideowych, finansowych, marketingowych czy wynikających z nieznajomości tematu.
My również nie obiecujemy, że wydamy wszystko i w każdym nakładzie.
Możemy jednak zapewnić, że do każdego tekstu podejdziemy z uwagą i żaden e-mail
nie trafi w próżnię. Celem wydawnictwa jest wspieranie debiutantów.
Czegoś takiego warto
się łapać. Bo, powiedzmy sobie prosto i z mostu, nie wiele jest wydawnictw w
Polsce pokroju Prószyńskiego, które wyda książkę debiutanta. Chyba, że istotnie
jest dziełem na skale światową. Ratunkiem są wydawnictwa takie jak Pisze Się,
Radwan czy Novae Res, które oferują wsparcie dla początkujących literackich
gwiazd.
„Jeżeli uważamy, że utwór jest perełką z
marketingowego punktu widzenia – kupujemy i wydajemy go na własny koszt. Jeżeli
jednak uważamy, że jego sprzedaż jest niepewna, ale warta wydania z racji
walorów literackich, proponujemy autorowi model wydawniczy ze
współfinansowaniem, w którym wydawnictwo pokrywa minimum 50% kosztów wydania
utworu. To znacząco zmniejsza ryzyko porażki - powiedział Wojciech Gustowski,
współwłaściciel i redaktor naczelny wydawnictwa „Novae Res”, w wywiadzie dla
miesięcznika „Bluszcz”: - Drukujemy
nakłady na tyle wysokie, aby zaspokoić pierwsze zapotrzebowanie wszystkich
dystrybutorów oraz sieci, takich jak Empik, ale zamiast drukować od razu więcej
na zapas, stawiamy na błyskawiczne dodruki w zależności od popytu. To pozwala
zainwestować w dużą liczbę tytułów, a nie skupiać się na płaceniu za
zagraniczne licencje, które odniosły sukces na obecnym rynku. Stawiamy na
Polaków!
Polska to kraj
ojczysty i prościej się pisze o czymś,
co znamy – Romanowska.
Być może wielu z nas sądzi, że
polscy pisarze nie umywają się do tych zachodnich, zagranicznych autorów. Niejednokrotnie
spotkałam się z opinią na temat książek, których akcja dzieje się w Polsce,
gdzie częstymi, przewijającymi się niczym echo słowami, były: nierzeczywista,
nierealna, bezsensu, dziwni bohaterowie, przerażający styl. A i pojawiło się słowo
„niewiarygodna” w tym negatywnym znaczeniu: - Pojęcie
„wiarygodna”, jak zresztą wszystkie, jest wieloznaczeniowe. Często, gdy
opisywana historia jest drastyczna albo bajkowa, podświadomie wolimy czytać, że
dzieje się to gdzieś tam, daleko – nie u nas – wyjaśnia
Kwiatkowska, a Agnieszka Lingas-Łoniewska, dodaje: - To utarty schemat, taka „urban legend”, czasami ludzie powtarzają to
jako własny osąd, a tak naprawdę nawet nie próbowali zapoznać się z twórczością
polskich autorów. Być może wina leży po stronie słabej ich promocji, a związane
jest to oczywiście z problemami finansowymi będącymi czasami normą w tej
branży. Jednak zapewniam, że polscy autorzy też potrafią pisać „z jajem”,
wciągając Czytelnika w czasami groźny, innym razem szalony i wesoły świat.
Dlatego też czytam książki polskich autorów i pomagam w ich promowaniu.
Trzeba też
dodać, że nasi zachodni pisarze często popadają ze skrajności w skrajność, a
ich piętą achillesową jest pisanie na jedno kopyto. W każdej dziedzinie istnieje moda na
coś. – wyjaśnia Łoniewska. -W przypadku literatury światowej na pewno
modny jest teraz romans paranormalny, w którym bohaterowie to postaci obdarzone
nadprzyrodzonymi mocami, pałające jednocześnie gorącym uczuciem do
śmiertelniczek lub śmiertelników. Jeśli chodzi o trendy polskie, to chyba
ciepłe i lekkie opowieści o kobietach, które postanowiły odmienić swój los i
diametralnie zmienić życie swoje, a i czasami innych ludzi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








