środa, 23 maja 2012

KSIĄŻKOWE SPOTKANIE BLOGEREK POZNAŃSKICH!


Hej Wam :D
Trzy dni po juwenaliach, a mi jeszcze adrenalina nie zeszła ;p Wręcz przeciwnie! Już planuje kolejne akcje...

Otóż razem z towarzyszką JARKOWE BAZGROŁY  wpadłyśmy na pomysł zorganizowania Książkowego Spotkania Blogerek Poznańskich. Jak na razie termin jest "luźny" - proponuję 23 czerwca (sobota). Szczegóły zostaną ustalone dopiero, kiedy zbiorą się chętni i dopiero wtedy zrobimy burze mózgów ;) Niech każdy ma swój wkład w organizowanie spotkania ^_^

Są chętni?

w razie czego podaję maila: annascott19@gmail.com

piątek, 11 maja 2012

Nowy projekt ;) Wybrańcy Losu

Długo mnie nie było... Oj, tak... Wiecie, ostatni rok studiów, w czerwcu obrona dyplomu, więc mam malutkie, maciupeńkie urwanie głowy.
Ale... przynoszę coś na osłodę. Nowy projekt, który piszę w wolnym czasie. Mam już pierwsze 4 rozdziały. Jutro wezmę się za SP, a kiedy skończę... Tego nawet ja nie wiem. Mam w poniedziałek zaliczenie, a w czwartek ostatni egzamin, w dodatku ustny. Jednak partu SP możecie się spodziewać najwcześniej w przyszłym tygodniu :)
A teraz, przedstawiam cośka, czyli twór mojej wyobraźni, przy którego pisaniu wyśmienicie się bawię xD



Rozdział I

 - Eli! Śniadanie na stole! Ruszaj się, zaraz Daryl przyjedzie!
 - Daj mi dwie minuty – odkrzyknęłam zniecierpliwiona. Inaczej mama stałaby przy schodach upierdliwie mnie popędzając.
 Z drukarki wyskoczyła ostatnia kartka - esej na zajęcia z literatury, pisany w środku nocy. Ostatecznie, to właśnie przez niego położyłam się spać koło trzeciej nad ranem; wiersze z okresu późnego renesansu były tak fascynujące, że zupełnie nie pojmowałam nawet jednej trzeciej wersu. Nienawidziłam przedmiotów humanistycznych. W zasadzie tymi ścisłymi, a w szczególności fizyką, też gardziłam i ze wzajemnością, ale nie darzyłyśmy się taką jawną niechęcią, jak w przypadku historii czy literatury, gdzie daty, pojęcia i miejsca były, jak abstrakcyjny obraz. Bezsensowne.
 Za to sztukę, plastykę i wychowanie fizyczne – uwielbiałam. Chodziłam do szkoły wyłącznie z powodu tych przedmiotów. Rodzice głośno nie narzekali, że tak opornie szło mi zdobywanie dobrych ocen, ale widzieli że się staram i gdy czegoś zupełnie nie czaiłam, uczyłam się metodą wkuwania do późnej nocy. Albo godzin porannych. W zależności jak na to spojrzeć.
 No, ale powiedzmy sobie szczerze…
 Czy ktoś taki jak ja, miałby czas na jakąkolwiek naukę?
 Szczerze wątpię.
 Wydruk włożyłam do teczki i zamykając laptop jedną ręką, drugą już sięgałam po wielką szarą torbę szkolną. Pakowałam się jednocześnie zbiegając ze schodów. To była jedna z najbardziej widowiskowych i zarazem nieudanych prób samobójczych – tak ojciec wielokrotnie komentował moje upadki ze schodów, jednoznacznie patrząc na moje prześmiesznie wysokie botki. Tak było i dzisiaj. Tylko, że tata nie czekał na mnie przy drzwiach, ale spokojnie jadł śniadanie w kuchni. Mimo to, kiedy podnosiła się dumnie z ostatniego stopnia, usłyszałam to mruknięcie.
 W kuchni zastałam komplet naszej rodzinki. Tata właśnie przewrócił stronę gazety, a mama wkładała naczynia z zaschniętymi resztkami wczorajszej kolacji do zmywarki. Kiedy wcisnęłam się na krzesło obok ojca, ten zmierzył mnie znad prasy przeciągłym wzrokiem uważne lustrując mój strój. Zaczyna się…
 - Czy w ty postradałaś zmysły? Tak ma wyglądać mundurek licealistki?
 Wywróciłam oczami biorąc do ręki karton mleka i zalewając nim moje musli.
 - Dałbyś już spokój Alan – westchnęła przeciągle mama programując zmywarkę ze zmarszczonym czołem. Nigdy nie była fanką nowej technologii.
 - Nie udawaj, że nie widzisz, jak ona paraduje ubrana! Widziałem mundurki innych dziewcząt w szkole Eli i one są w porządku. Spódnica do kolan, bluzka zapięta pod szyje i krawat. A nasza córka oczywiście musiała postawić na swoim i wziąć się za przeróbkę tradycyjnego stroju, którzy uczniowie tej elitarnej szkoły noszą od przeszło stu lat!
 - Powtarzam, dramatyzujesz, kochanie – westchnęła teatralnie poprawiając dwie chińskie pałeczki, które przytrzymywały jej roztrzepanego koka. - Spójrz na Daryl! Ona też wprowadziła pewne nowości. Poza tym, co w tym dziwnego, skoro Eli jest na profilu plastycznym? – dodała mrużąc wrogo oczy.
 - Taa. Artystyczna dusza.
 Przysłuchiwałam się tej małej utarczce słownej mieląc gumowe podróbki suszonych owoców. Tyle razy mój strój, wygląd albo zachowanie, było tematem przewodnim w porach posiłku, że nawet nie widziałam sensu w braniu czynnego udziału w tego typu przegranej dyskusji. Tata, jako niezłomny konserwatysta był nieprzejednany w walce z moim zaciętym charakterem, ale to mamę miałam całkowicie po swojej stronie. W końcu ona, wielka artystka-malarka, poznała ojca będąc na tym samy profilu, co ja, w tej samej szkole. A ojciec był zapalonym sportowcem z żyłą bankiera. Jak widać, powstała mieszanka wybuchowa, znaczy się ja - całą duszą oddana sztuce i sportowi. No… może nie całą.
 - Cholera – warknęłam cicho widząc, która godzina.
 - Język! – rzucili równo oboje. Tak, w tym akurat byli zgodni. By ich córka nie stała się bardziej zdemoralizowana, niż już jest.
 Wymamrotałam ciche przeprosiny podrywając się z krzesła. Pocałowałam mamę i tatę w akurat momencie, gdy z podjazdu dobiegło głośne trąbienie.
 Nie powiem, kochałam swoich rodziców. Z takimi problemami, jakie ze mną mieli, już dawno inna para oddałaby dzieciaka do adopcji. Albo zakopali w ogródku pod osłoną bezksiężycowej nocy. A oni dzielnie walczyli znosząc moje spóźnienia, wagary, całodniowe nieobecności i wymykanie się w nocy, co zazwyczaj kończyło się przywiezieniem do domu w asyście policji. Nawet z paroma policjantami z naszej dzielnicy byłam po imieniu.
 Moi kochani rodzice woleli myśleć, że wpadłam w okres burzliwego dojrzewania, który wiąże się z młodzieńczym buntem. Szkoda tylko, że trwa on niezmiennie odkąd skończyłam dziesięć lat…
 Wpadłam do samochodu Daryl przerzucając przez oparcie torebkę.
 - Kolejny wspaniały dzień, co Słoneczko?
 Moje wielce wymowne spojrzenie sprawiło, że zaśmiała się perliście ruszając z piskiem opon.
 Tej dziewczynie nie przeszkadzał mój sarkazm, ani cięty język i wziąwszy pod uwagę tylko te dwie cechy, wiadomym jest, że trudno ze mną wytrzymać. Byłyśmy całkiem odmienne. Daryl to wysoka blond włosa piękność o szarych oczach i spojrzeniu, które zwala z nóg każdego faceta. Czasem też zdarza jej się odbierać silne bodźce od osobniczek tej samej płci. To dziewczyna z wyższej ligi. Wiecie, taka co zostaje królową każdego szkolnego balu i chce się z nią umawiać niemal każdy facet posiadający choć odrobinę testosteronu. I fakt, bardzo często zdarzało jej się wykorzystywać swoje walory do samolubnych celów; choćby ostatnie wejście do strefy VIP w najnowszym klubie. Z Daryl warto jest się trzymać nie tylko, że wejdzie wszędzie tam, gdzie przeciętny człowieczek nawet okiem nie może rzucić, ale też dlatego, że jest wierną przyjaciółką, która zachowuje wszystkie sekrety dla siebie. Nie jest wredną pustą laską uwielbiającą plotkować. Mogę do niej zadzwonić o czwartej nad ranem, by przyjechała po mnie do miasteczka oddalonego o sto mil od Edynburga i przyjedzie bez pytań. Z kawą. Podwójną caramel macchiato.
 - Znowu twoja spódniczka skurczyła się w praniu o dwa centymetry, czy może mi się wydaje?
 - Jakbyś sama się do tego stosowała – odcięłam się przerzucając włosy przez ramię.
 - Wiesz, zasadniczo jestem w klasie z przedmiotami ścisłymi, a nie na projektowaniu i wzornictwie, niemniej posiadanie utalentowanej przyjaciółki ma swoje plusy u profesorów.
 - Flirtujesz z tymi starymi capami? Od kiedy tak ci się zepsuł gust?
 - Poważnie, Eli, wyciągnij swój umysł z rynsztoka. Ale mimo to, uważam, że twoje ciuchy są naprawdę boskie. Powinnaś poważnie pomyśleć o studiowaniu na jakiejś paryskiej uczelni. Może za kilka lat będziesz konkurować z takimi markami jak Chanel albo Vitton?
 Skrzywiłam się na ten pomysł. Fakt, całkiem dobrze radziłam sobie z kartką i ołówkiem, prawie tak samo, jak igłą i nitką, ale żeby od razu startować do szkoły dla młodych projektantów? Dla mnie nie ma przyszłości w żadnym z zawodów. No, ale postanowiłam, że tym razem nie wypomnę tego małego nietaktu Daryl. W końcu to ona wiezie mój tyłek do szkoły.
 - Tia. Żebyś miała zniżki na światowe marki?
 - Jak kocham ten twój bystry umysł.
 Odpowiedziałam jej tym samym uśmiechem i przeniosłam wzrok za szybę.
 Właśnie wjeżdżałyśmy na parking elitarnej szkoły imienia Charlesa Johna Huffama Dickensa znanej w całym skraju. Uczyły się tu zarówno dzieciaki znanych polityków, jaki i przeciętni obywatele. Chociaż może nie tacy przeciętni, skoro ich starych stać było na roczne czesne w wysokości około czterdziestu tysięcy funtów. Ale fakt, jeśli trafiło się do tej szkoły, miało się idealny start w przyszłość. Z reguły po ukończeniu szkoły to nie ty latasz z dyplomem po uczelniach, ale to uczelnie pukają same do twoich drzwi. I w parę lat później, z imponującym tytułem przed nazwiskiem, to nie ty wysyłasz CV i biegasz na spotkania w sprawie pracy, ale to pracodawcy szukają z tobą kontaktu. Nie wiem, czemu akurat tę szkołę wybrali moi rodzice; może bali się, że nie dam sobie rady w przyszłości z moim diabelskim charakterem, albo przez sam sentyment do tej placówki? Kto wie...
 Daryl zręcznie wjechała na wolne miejsce parkingowe, gasząc silnik, gdy zabrałam nasze torebki z siedzenia. Otworzyłam drzwi, wychodząc na zalany majowym słońcem parking. Sekundę później u mojego boku pojawiła się Daryl, a odbierając swoją torebkę z logo D&G, poruszyła szybko brwiami.
 - I co ten znak ma oznaczać?
 - Jesteś moją przyjaciółką i nie wiesz?! – Zganiła mnie groźnym szeptem, na co tylko wzdrygnęłam ramionami odchodząc. – Dobra, powiem ci normalnie. Ten sygnał oznacza, że „facet za moimi plecami gapi się na ciebie”.
 Uniosłam wysoko brwi zerkając na nią zza ciemnych okularów.
 - Chyba na twój wystający tyłek. Wiesz, zapomniałam ci powiedzieć, że jak wysiadałaś to podniosła ci się spódniczka.
 Daryl pisnęła głośno i chwyciła się za pośladki, a ja stwierdziłam, że dla własnego bezpieczeństwa dobrze będzie jeśli przyśpieszę kroku.
 - STEWART TY…
 -Powstrzymaj język Braday, bo znowu wylądujesz w kozie za wykrzykiwanie wulgaryzmów pod adresem koleżanki – zagłuszyłam dość ostre słowo, jakie przyjaciółka wrzasnęła na cały parking.
 - Bo mnie prowokujesz – fuknęła naburmuszona, a jej obcasy niebezpiecznie wbijały się w asfalt.
 - Ostatnio też próbowałaś tego argumentu na nowym profesorze od biologii i jakoś nie uratowało cię to od trzygodzinnej odsiadki – przypomniałam skrzętnie przytrzymując dla niej drzwi wejściowe.
 Ta tylko wystawiła mi język zarzucając na ramie torebkę.
 - A dla twojej informacji… Owy przystojniak w piątek na wuefie zrobił sobie szybki lunch z własnych nieczystości z nosa.
 Sądząc po odgłosach, Daryl już nigdy więcej nie spojrzy na tego chłopaka, ani tym bardziej nie nazwie go przystojniakiem.
 Weszłyśmy do zaciemnionego hallu i niemal od razu przyciągnęłyśmy na siebie zazdrosny wzrok większości dziewczyn. No tak, ja może nie byłam aż tak popularna co Daryl, niemniej zostałam towarzyskim wyrzutkiem większości kujonic, za samo trzymanie się z Kobietą Diabła. Uwierzcie mi, w takim miejscu jak to, uroda nie idzie w parze z pomocą koleżeńską na lekcjach. Jeśli nie jesteś typową kujonicą noszącą białe rajstopy, spódnicę do kolan w kratę i białą zapiętą pod szyję bluzkę, nie masz małych piersi, które ledwo kwalifikują się do miseczki A, albo szopy na głowie i grubych pingli - jesteś dziwadłem. Także, ja i Daryl w innych liceach byłybyśmy ulubienicami szkoły, jednak w tym miejscu mamy zupełnie przechlapane.
 No i nasze indywidualne zmiany w mundurkach. Cóż, rada pedagogiczna nie była nimi zachwycona, ale pani Rich, nauczycielka od projektowania i wzornictwa poparła nas, jako „przykład unowocześnienia szkoły rzucając rękawice moralności” i tym samym rozpętała ogólnoszkolną wojnę z pastorem wykładającym etykę. Nic o tym nie wiem, żebym rzucała jakąkolwiek rękawicę.
 - Powiedz, idziesz dzisiaj to tego klubu, w którym byłyśmy w ostatni czwartek? – spytałam dochodząc do szafki, którą miałam tuż obok Daryl.
 Zmarszczyła brwi w zamyśleniu wstukując pin do elektronicznego zamka.
 - Jeszcze nie wiem, a co?
 - Po prostu… Muszę coś załatwić.
 Spojrzała na mnie przeciągle. Tak, dobrze pamiętałam, co jej obiecałam.
 I muszę oduczyć się wywracania oczami! Robię to tak często, że to powoli zaczyna mnie irytować.
 - Nie ma problemu. Dam znać, jak skołuję ekipę.
 - W porządku.
 - To nie jest nic niebezpiecznego, prawda? – Dodała, rzucając niepotrzebne książki do szafki, zostawiając tylko wypracowanie i książkę do literatury angielskiej.
 Zerknęłam kątem oka na przyjaciółkę mrugając z uśmiechem.
 - Spokojnie, tym razem nie dopuszczę do żadnych siniaków.
 - Siniaków?! – Wrzasnęła lekko, czym zwróciła na siebie uwagę kilku powtarzających przed zajęciami uczniów. – Dziewczyno, to były wielkie, fioletowe sińce! I koleś o mało nie wyrwał ci ręki!
 - Daryl, wrzuć na luz. Nie pierwszy raz widziałaś coś takiego.
 - No tak, ale…  Mogłaś chociaż pozwolić się zawieść do szpitala.
 - I co, twoim zdaniem, miałam im powiedzieć?
 Westchnęła przeciągle masując skronie. Czarny lakier na jej paznokciach zamigotał groźnie.
 - No właśnie.
 I wtedy, przy tej niewinnej i swobodnej rozmowie, kątem oka zauważyłam srebrnoszarą aurę.
 - O nie… - jęknęłam przeciągle patrząc na staruszkę idącą za chłopakiem rok młodszym ode mnie. Szkoda tylko, że nikt inny jej nie widział, ani nie czuł.
 Daryl nie ma racji.
 Nigdy nie zostanę projektantem.
 Prędzej drugim Van Hellsingiem.



______
I jak? ;>

niedziela, 22 kwietnia 2012

Rzeczpospolita Babska Literkami Pisana przedstawia… Z PAMIĘTNIKA POLSKIEGO PISARZA cz.2


Szansie, też trzeba dać szansę.

Weźmy pod lupę naszą miksturę. Mamy tematykę, która przyciąga czytelnika, wabi go i mami. Mamy bohaterów, których plastyczność poraża i do których można przywiązać się emocjonalnie. Mamy zapierającą dech akcję, błyskotliwe dialogi, które pisało życie i lawinę realizmu. Wszystko to mieszamy w kociołku zwanym „Polska”. A jeśli i tak zostajemy odesłani z kwitkiem?
Co jest wtedy ratunkiem?

 Konkursy literackie. Otóż to właśnie one wyrastają, jak grzyby po deszczu, nieprzerwanie od kilku lat. Literacki Debiut Roku zainicjowany przez Novae Res, Świat Kobiety 2012 z ramienia Repliki, Horyzonty Wyobraźni oraz, dopiero co zakończony konkurs powstały z inicjatywy portalu „duże K” – Romantyczny, Fantastyczny i Kryminalny Konkurs Literacki, gdzie w trzech składach jury zasiądą między innymi Romuald Pawlak, Magdalena Kałużyńska, Piotr Dresler, Anna Klejzerowicz , Robert Ostaszewski, Maria Ulatowska, Mariola Zaczyńska. Doborowe towarzystwo, można powiedzieć śmietanka współczesnych pisarzy. Miejsce w fotelu jury już grzeje Agnieszka Lingas-Łoniewska i zaciera niecierpliwie ręce: - To olbrzymie wyróżnienie i jednocześnie niesamowita zabawa! Jestem bardzo ciekawa jakie miłosne historie wymyślili uczestnicy konkursu i nie mogę się doczekać momentu, gdy spłyną do mnie pierwsze prace.



















Oni wszyscy mają jeden cel - zmotywować ludzi do czytania i pisania, zmobilizować do kreatywnego myślenia i optymizmu, zaszczepić u nich optymizm i nadzieję, i znaleźć nową literacką perełkę. Bo „a nóż, widelec, łyżeczka się uda”: - Nie mając żadnych znajomości ani wiedzy, przed posłaniem pliku z propozycją do wydawnictw, przeczytałam wszystko, co znalazłam w necie na ten temat i uznałam, że nie mam najmniejszej szansy. Dziś powtarzam wszystkim, że szansie - też trzeba dać szansę, czyli o marzenia trzeba samemu zawalczyć.- wspomina Jolanta Kwiatkowska.

Przymierając głodem…

 Niestety, autor absolutnie nie jest zawodem, z którego można wyżyć. Średnio pisarz dostaje od 5 do 10 procent ceny okładkowej. Przeważnie honorarium jest jednak znacznie wyższe w przypadku tzw. gwiazd literackich. W Polsce wytworzyła się grupa pisarzy, którzy wyżyją tylko z pisania. Jednak, w tym miejscu Was rozczaruję. Owa garstka liczy sobie  około 20-30 osób. Jak wejść do tego grona? Och, to bardzo proste! Trzeba sprzedać przynajmniej 50 tys. egzemplarzy jednej książki. Wydaje się niewiele? Nie w praktyce. Tylko z pisania utrzymują się caryce literatury kobiecej: Katarzyna Grochola, Monika Szwaja oraz Małgorzata Kalicińska. Ostatnio dołączyła do nich Małgorzata Gutowska-Adamczyk, autorka "Cukierni Pod Amorem", „sprzedająca się” w 150 tys. egzemplarzy. Podobnie jest w przypadku Wojciecha Cejrowskiego czy Janusza Leona Wiśniewskiego. Jednak jeśli jest się nowicjuszem na rynku, najlepiej jest zachować swoją stałą dotychczasową pracę, a pisanie potraktować  jako hobby.
 Ale wchodząc w szczegóły… Niewielu z nas wie, na co idą pieniądze z zakupionej książki. Otóż, przyjmijmy, że właśnie kupiliśmy trzystustronicową książkę z działu beletrystyki i zapłaciliśmy za nią przeszło 40 złotych. Z tej ceny wydawca musi zapłacić hurtowni - około 20 złotych i drugie tyle dla samej księgarni. Produkcja dostaje 4 złote wynagrodzenia, redakcja w skład której wchodzi, korekta, grafik, łamanie i papier – 3 złote. Dalej. Na promocję książki trzeba odłożyć 2-4 złotych, bo przecież wydawnictwo nie finansuje z dobroci serca bilbordów, plakatów i reklam w prasie czy radiu. Zostaje jeszcze 2-4 złote samego zysku wydawnictwa, no i oczywiście podatek za książkę to cała złotówkę. I to chyba wszystko… A, nie, przepraszam. Autor zarobi całe solidne 2-4 złote.
 Po tym stosunkowo krótkim rozrachunku obliczonym przez Gazetę Wyborczą pod koniec maja 2011 roku, zadałam Jolancie Kwiatkowskiej pytanie (zaraz po tym, jak pozbierałam zęby z podłogi): - I z tego można wyżyć?!, - Nie – odpowiedziała patrząc na mnie, jak na wariatkę.
 Więc po co się męczyć? Samo pisanie to nie pstryknięcie palcem. To praca w pocie czoła nad każdą literką, gdzie nad poszczególną postacią i pomysłem trzeba się przygarbić. Więc powstaje pytanie: czy to ma sens? W piękny sposób powiedziała to Kornelia Romanowska: - W Polsce nie da się z tego wyżyć, a ja po prostu lubię pisać. Jeśli mi to wychodzi, a ludzie chcą to czytać, to mój największy sukces. Cała reszta to tylko otoczka.

„Książki warto pisać tylko wtedy, jeśli przekroczy się ostatnią granicę wstydu;
   pisanie jest rzeczą bardziej intymną od łóżka; przynajmniej dla mnie”
— Marek Hłasko

 Słowa te nie szokują, ale skłaniają do refleksji nad każdym jego słowem. W końcu pisarz obnaża w książce swój zamknięty świat wyobraźni, ogałaca się i wystawia na krytykę swoje wnętrze, swoje idee i myśli. Ale co powiemy o granicy dobrego smaku?
 Kilka dni temu w zapowiedziach salonu Empik pojawiła się pozycja „Wybaczcie mi” napisana przez Izabelę Bartosz. Ładny tytuł – łzawy, można powiedzieć, literatura kobieca. Ale rzut okiem na opis i okładkę i czuję, jak emocje zaczynają buzować, nieznośnie mrowiąc pod skórą. Książka przedstawia młodą, zapłakaną kobietę z żałosnym wyrazem twarzy. Tą kobietę mieliśmy i niezmiennie mamy okazję podziwiać od końca stycznia. „Wybaczcie mi” to nic innego, jak biografia Katarzyny Waśniewskiej, mąciwody którą zna cała Polska. Wydawca tak prezentuje swoje nowe dzieło: „Katarzyna Waśniewska. 22 lata. Szczupła, drobna. niepozorna. Wygląda jak nastolatka. Mama półrocznej Madzi. Cała Polska poznała ją, gdy szlochając błagała porywacza, aby oddał jej córkę, jej największy skarb. Poruszeni byli wszyscy. Aż okazało się, że matka kłamie. Że dziecka wcale nie porwano. Mała Magda upadła i się zabiła, a matka jej zwłoki zakopała w parku. Media zawyrokowały, że takiej tragedii w Polsce jeszcze nie było. Wszyscy poczuli się oszukani. Fala nienawiści do Katarzyny wzrastała z każdym dniem. Większość ludzi życzyła jej śmierci, najlepiej ukamienowania.”
 Bomba wybuchła. Fora literackie i portale społecznościowe pękały w szwach. Fala krytyki spłynęła na Empik, który jako jeden z pierwszych odważył się wystawić książkę w przedsprzedaży. Wczoraj salon wycofał książkę dodając, że czeka na stanowisko wydawcy i pisarki.
 Zatem, gdzie leży granica dobrego smaku? Jako recenzentka literacka mam odczucie, że tym razem, przy tym konkretnym tytule moralność i etyka zostały brutalnie zgwałcone i puszczone z dymem.
To chore – krytykuje Romanowska, także recenzentka literacka. - Osoba, która  książkę napisała powinna mocno stuknąć się w głowę. Robią z tej kobiety postać medialną. (…) W jakim żyjemy kraju, że taka osoba dostaje ochronę, piszą o niej książki, próbują wybielić. Taką kobietę powinni zamknąć i przestać robić z niej pokrzywdzoną, bo mnie aż mdli jak o niej słyszę. A sądzę, że takich jak ja jest zdecydowanie więcej.
 Istotnie, opinię Romanowskiej podziela wiele osób. Żeby w takim tempie wydawano książki, na które czekamy! Sprawność NIEBYWAŁA!! Kasa, kasa!”, „Nowa schiza narodowa...”, „Żałosne! Czego się nie zrobi "dla kasy" a pomijam fakt żerowania, a ta laska mogłaby dać sobie spokój. Ona, próbuje zrobić karierę na śmierci własnego dziecka”, „Chamstwo połączone z łajdactwem”. Oczywiście, to te najbardziej cenzuralne komentarze.
                                                                                                        
 Świat zawsze kręcił się wokół pieniądza, a pisanie nie stanowi i tu odrębnej dziedziny. Pozostaje tylko pamiętać, że są pewne umowne granice, których się nie przekracza, by nie wzniecać burzy w szklance wody. Wydaje mi się, że w tym miejscu adekwatne będzie przytoczenie słów przysięgi Hipokratesa: Po pierwsze, nie szkodzić. I nie pisać z założeniem bycia pisarzem, ale pisać z powołania.

Pisanie nie polega jedynie na wyrażaniu myśli. To także głęboka zaduma nad wymową każdego słowa - Paulo Coelho

 Może rozczaruję, ale nie ma dobrego i sprawdzonego przepisu na książkę. Ani magicznej receptury zostania pisarzem. Tu liczy się swoisty dar. Reszta zależy już tylko od artysty. Ręce są pędzlami, słowa farbami, a płótno - czystą, niezapisaną kartką. By zobaczyć to co namalowane, potrzeba jedynie odrobiny wyobraźni.



* artykuł - lub esej, jak określił mój projekt, ulubiony wykładowca grupy dziennikarskiej WSUS - red. Andrzej Niczyperowicz - powstał na potrzeby zaliczenia przedmiotu. Jednakże redaktor postawił warunek - dostaniecie wpis, jeśli będziecie się starali gdzieś przepchnąć artykuł. Z pamiętnika polskiego pisarza zdobył wiele kwiecistych pochwał z ust redaktora, toteż publikuje swoje wypociny zarówno tu, na blogu, jak i na portalu muzol.pl 
Zachęcam do odwiedzania tej strony. Grupa naprawdę zdolnych młodych ludzi publikuje super teksty, recenzje, artykuły... No nie sposób nie mówić o nich w samych superlatywach ;) Polecam xD 
A Panu Redaktorowi , dziękuję za te semestry spędzone na uczelni. Wiedza ogromna, świat szeroki, ludzi tłum - nic tylko czerpać garściami... albo pisać i posyłać w eter! W tym miejscu Pańska nauka nie poszła w las :)

Rzeczpospolita Babska Literkami Pisana przedstawia… Z PAMIĘTNIKA POLSKIEGO PISARZA cz.1


Rzeczpospolita Babska Literkami Pisana przedstawia…


Z PAMIĘTNIKA POLSKIEGO PISARZA

 Podziwiać swoje nazwisko wybite złotymi literami na grzbiecie książki, która uklasyfikowała się na szczycie listy bestsellerów… Marzenie wielu. Ale tylko garstka jest w stanie zdobyć laur uznania i światową sławę. Ewentualnie ta krajowa stanowi nagrodę pocieszenia. Bo bycie pisarzem to nie dziecinne mrzonki, które bledną wraz z upływem lat. To lata dyscypliny, by zdobyć rzecz unikatową – własny niepowtarzalny styl. Pisanie do szuflady to tylko początek wyboistej drogi przyszłego debiutanta, ale i ta nie jest usłana różami. Czy współczesnego pisarza otacza błysk fleszy, blichtr i powodzenie materialne? Czy istnieje przepis na dobrą książkę, tak zwaną one-shot, a która zapewni wieczną sławę?

„Wiesz, że gdy nie zdecydujesz się teraz, to już nigdy?”

 Może nie każdy jest, jak Jacek Dukaj. I nie każdemu jest pisana sława Katarzyny Grocholi. I na pewno nie znajdziemy drugiej Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. Bo ilu jest pisarzy, tyle jest warsztatów, a każda powieść to inne przygotowanie, inny pomysł i styl. Są różni, jak różne są płatki śniegu; są odrębnymi istotami, których łączy jedno – pasja pisania. Są znani w większym, bądź mniejszym stopniu, ale wyróżnia ich spośród anonimowego tłumu jedno – dzieła opatrzone ich nazwiskami znajdziemy na księgarskich półkach.

Jolanta Kwiatkowska nie urodziła się ze złotym piórem w ręce, ale od dziecka czuła „pociąg” do książek. W wolnym czasie czytała, pisała pamiętniki, jak każda nastolatka. I nie cierpiała powiedzenia pani polonistki, która kazała młodej Joli pisać wypracowania na minimum cztery strony: - Określenia minimum, nie lubiłam od małego. Ograniczeń, też nie. Dlatego pisałam „wypracowania”, zapisując całe zeszyty i zawsze dostawałam dwa stopnie, bo moja polonistka była wyjątkową kobietą. Dlaczego? Już mówię. Jeden stopień to była dwója za nieczytelne pismo. Drugim była piątka z… Nie, nie z plusem. Z komentarzem: „Nie odszyfrowałam wszystkiego, ale napracowałaś się i te trzy, cztery strony na pewno są dobre”. Potem, w ramach wieloletniej zaległości w „porządkowaniu” wszystko podarłam na strzępki i wyrzuciłam wspomina pisarka w wywiadzie dla portalu kobieta50plus.pl.




 Marzenia o burzliwej karierze poczytnego autora to tylko marzenia. Dla niektórych rzeczywistość jest mniej lub bardziej brutalna, inni jak Jolanta Kwiatkowska witają z otwartymi ramionami to, co przynosi im los. W rozmowie ze mną uchyliła rąbka swojej tajemnicy: - Nie pisałam i nie piszę dla samorealizacji. To co robię, traktuję jako rozmowę z rodzinną i bliską mi młodzieżą, z młodszymi znajomymi i zaprzyjaźnionymi rówieśnikami. W bezpośrednim kontakcie czasami bardzo trudno jest dyskutować na wiele tematów, bo każdy, w tym i ja, chciałby te swoje „racje” wynikające z własnych, tak różnych doświadczeń, umieścić poza kolejką najbliżej podium. Czas na rozmowy o życiu jest dziś bardzo ograniczony. Dlatego zaczęłam pisać, by móc im opowiedzieć pewne historie, powiedzieć jakie jest moje widzenie tego, co nam się w życiu przytrafia i odpowiedzieć na wiele pytań, na które w bezpośredniej rozmowie tak trudno jest znaleźć odpowiedź. To, co napisałam, drukowałam i dawałam bliskim i znajomym do przeczytania.
 W tym miejscy dodam wycinek z wywiadu dla kobieta50plus.pl. Magiczny wycinek, który oddaje całe romantyczne jestestwo Jolanty Kwiatkowskiej: I któregoś dnia głos w mojej głowie spytał: „Wiesz, że gdy nie zdecydujesz się teraz, to już nigdy?”. I to - nigdy, tak mnie wystraszyło, że wydrukowałam wszystkie i wysłałam. Ukazanie się pierwszej książki zaskutkowało śpiączką i śnię, śnię, śnię….

Słuchając odgłosów tętniącego życiem świata.

  Umysł pisarza musi być nastawiony na odbiór dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodni, trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Zmysł obserwatora to niewątpliwy atut, ale najważniejsza jest wyobraźnia i kreatywność. Dobra książka to przede wszystkim akcja, bohaterowie i fabuła. Jednak coraz częściej zatraca się przesłanie. Doceniamy klimat, styl, pomysł, dialogi i same zdarzenia. I w tej dżungli dodatków gubimy to, dla czego powinniśmy czytać książki. Wiele pozycji z dobrym i ambitnym przesłaniem nie dosięga do pięt komercyjnym tytułom, które zdobywają szczyty list TOP za sam banalny temat. Coraz więcej trafia się książek, przy których czytelnik nie musi zarywać nocy, bo smoliste wydarzenia nie stoją na przeszkodzie, by odłożyć książkę na szafkę i położyć się spać. Szuka czegoś banalnego podczas, gdy prawdziwe perełki kryją się w cieniu swoich prześladowców. Właśnie w takim gąszczu starają się wzejść nowe latorośle.  


Kornelia Romanowska debiutowała w zeszłym roku książką „Puszka Pandory”. Sam pomysł i wykonanie stanowiły połowę sukcesu. Drugim było zwrócenie uwagi wydawnictwa.  Nie wtajemniczyła nikogo w swój plan, nie robiła wokół siebie szumu: - Moi bliscy nie wiedzieli. Jedynie chłopak. Całej reszcie nie mówiłam, myśląc pesymistycznie, że nie będzie żadnego odzewu, więc nie ma co robić nadziei im ani sobie. Wysłała książkę do jednego wydawnictwa. Nie pięciu, nie dziesięciu, czy dwudziestu, ale do jednego jedynego. Jej szanse były równe zeru. Ale trzy miesiące później przyszedł mail. „Puszka Pandory” została przyjęta w lutym, jednak dopiero w listopadzie ujrzała światło dzienne: - Teraz mój światopogląd się trochę zmienił, ale wtedy postawiłam sobie wszystko na jedną kartę.


 
 Inną drogę obrała Agnieszka Lingas-Łoniewska, znana internautom z forów literackich, jako Agnes_scorpio. Na chwilę obecną w ciągu dwóch lat wydała sześć książek, w tym jedną w Stanach Zjednoczonych: - Wcześniej umieszczałam swoje książki w internecie, dodając codziennie kolejne rozdziały. I gdy grupa moich Czytelników powiększała się z dnia na dzień, po zakończeniu „edycji” postanowiłam coś zrobić z moim tekstem i zaczęłam szukać wydawcy. Pierwsza odpowiedź przyszła po około 3 miesiącach. Potem cyklicznie spływały kolejne odpowiedzi, zarówno te akceptujące tekst, jak i odrzucające go. Cały proces wydawniczy trwał około 6 miesięcy i składały się na niego: korekta redaktorska, korekta autorska, dobór okładki, poprawki w egzemplarzu sygnalnym.


 Pisarz przypomina mi lalkarza bawiącego się marionetkami. On jest ich panem, ich Bogiem i tylko, i wyłącznie od niego zależy, czy zginą śmiercią tragiczną, czy czeka ich nieszczęśliwa miłość, czy też historia będzie miała swój happy end. Ich los w jego rękach. Tylko musi mieć plan i pomysł… A skąd się biorą pomysły? Szkoły są dwie. Dla niektórych najlepsze pomysły to takie, które biorą się z… powietrza. Inni nasłuchują, prowadzą obserwacje, często nieświadomie. - Czasami jest to błysk i nagle w głowie pojawiają się setki sytuacji i bohaterów. Ale często jest na odwrót. Gdzieś coś usłyszę, gdzieś coś przeczytam, ktoś mi opowie coś ciekawego, a mój mózg już zaczyna pracować na najwyższych obrotach i myślę nad tym, gdzie to wszystko umiejscowić, jak się za to zabrać. Ale fabuła i plan zazwyczaj zmieniają się u mnie zbyt często. Piszesz i masz w głowie wszystko ułożone i nagle twoi bohaterowie zaczynają żyć własnym życiem i zauważasz, że całkowicie zmieniasz sytuacje, w których mieli się znaleźć – zdradza Romanowska.
 Jej zdanie podziela Jolanta Kwiatkowska, która wśród czytelniczek zdobyła laur uznania za fenomenalne realistyczne powieści:  - Najlepsze i najbardziej zaskakujące scenariusze pisze samo życie. Każdy z nas zna wiele historii z życia naszych dziadków, rodziny, znajomych (…,)które nadają się na temat powieści. Gdy zbierzemy odpowiednie fragmenty, dodamy cząstki własnych, doprawimy fikcyjnymi elementami i dosmaczymy własnymi emocjami mamy gotową powieść. Moim wkładem jest tylko wystukanie danej historii na klawiaturze, zapisanie pliku i wysłanie do wydawnictwa.

Krytyka ma dwa lica

Niejednokrotnie ryzyko się opłaca, a i los wynagradza starania z nawiązką. Na przestrzeni lat zdobywa się potrzebne doświadczenie i swoisty dystans. Oraz coś ważnego, czego żadna kąśliwa recenzja nie odbierze wprawionemu autorowi – wiernych czytelników. Szczególnie ciepłym uczuciem darzy swoich fanów Agnieszka Lingas-Łoniewska, co nie uszło uwadze menagerowi wrocławskiego Empiku, gdy podczas jednego z zeszłorocznych spotkań autorskich powiedział: - Gościła pani u nas kilka miesięcy temu. Wtedy była tu zaledwie garstka osób, a teraz musieliśmy dostawić krzesła! No i rozpoznaje parę twarzy z ostatniego spotkania. Ma pani naprawdę wiernych fanów! Sama autorka podchodzi do spotkań autorskich w bardzo emocjonalny sposób. Swoje pierwsze spotkanie z czytelnikami wspomina z olbrzymim sentymentem: - Pamiętam, jak bardzo się wówczas stresowałam, jak drżał mi głos, jak się ich bałam, a zarazem nie mogłam się ich doczekać. Rozmowy z czytelnikami są zawsze miłe, przyjazne i pełne swobody. Jest to moje hobby, jest to moja pasja, żyję tym i chcę to robić do końca świata - mojego oczywiście. O ile starczy mi sił, pomysłów, a wena nie ucieknie przede mną z krzykiem.
 Każdy pisarz musi się liczyć z krytyką… i to chyba właśnie jej boją się najbardziej. Kilka miesięcy temu w całkiem swobodnej rozmowie z autorką usłyszałam, że z perspektywy lat i doświadczenia w roli pisarki uznaje, że znacznie prościej jest wydać książkę. Najgorsze według niej jest czekanie na opinie czytelników i recenzje czołowych krytyków literackich.
Wielokrotnie wyróżniana i nagradzana za swoją twórczość Agnieszka Lingas-Łoniewska nie raz i nie dwa spotkała się z negatywną opinią na temat własnych powieści. Owe niepochlebne recenzje pojawiały się w Internecie, gdzie anonimowość to dodatkowy bodziec odwagi: - (…) Było kilka takich, które mnie rozgniewały, na przykład post na pewnym księgarskim portalu, który obrażał nie tylko mnie, ale i mojego męża. Ale... to nie czas, aby przejmować się krakaniem frustratów. Należy realizować się w tym, co się kocha robić, a wrony zawsze będą krakać, odważne wówczas, gdy mogą robić to incognito.

„Stawiamy na Polaków!”

Łut szczęścia Kornelii Romanowskiej nie uosabia innych pisarzy. Problem pojawia się dopiero, gdy jesteśmy częścią całkowicie anonimowego tłumu, który szturmem dobija się do drzwi każdego możliwego wydawnictwa. Jedno z nich, wydawnictwo Pisze Się na swojej stronie internetowej deklaruje: Każdego niemal dnia autorzy z potencjałem są odsyłani z kwitkiem przez różne wydawnictwa. Teksty wędrują od wydawcy do wydawcy, ich twórcy zaś tracą wiarę w siebie i zaniedbują warsztat. Wydawcy odrzucają materiały z wielu powodów: ideowych, finansowych, marketingowych czy wynikających z nieznajomości tematu. My również nie obiecujemy, że wydamy wszystko i w każdym nakładzie. Możemy jednak zapewnić, że do każdego tekstu podejdziemy z uwagą i żaden e-mail nie trafi w próżnię. Celem wydawnictwa jest wspieranie debiutantów.

 Czegoś takiego warto się łapać. Bo, powiedzmy sobie prosto i z mostu, nie wiele jest wydawnictw w Polsce pokroju Prószyńskiego, które wyda książkę debiutanta. Chyba, że istotnie jest dziełem na skale światową. Ratunkiem są wydawnictwa takie jak Pisze Się, Radwan czy Novae Res, które oferują wsparcie dla początkujących literackich gwiazd.

Jeżeli uważamy, że utwór jest perełką z marketingowego punktu widzenia – kupujemy i wydajemy go na własny koszt. Jeżeli jednak uważamy, że jego sprzedaż jest niepewna, ale warta wydania z racji walorów literackich, proponujemy autorowi model wydawniczy ze współfinansowaniem, w którym wydawnictwo pokrywa minimum 50% kosztów wydania utworu. To znacząco zmniejsza ryzyko porażki - powiedział Wojciech Gustowski, współwłaściciel i redaktor naczelny wydawnictwa „Novae Res”, w wywiadzie dla miesięcznika „Bluszcz”: - Drukujemy nakłady na tyle wysokie, aby zaspokoić pierwsze zapotrzebowanie wszystkich dystrybutorów oraz sieci, takich jak Empik, ale zamiast drukować od razu więcej na zapas, stawiamy na błyskawiczne dodruki w zależności od popytu. To pozwala zainwestować w dużą liczbę tytułów, a nie skupiać się na płaceniu za zagraniczne licencje, które odniosły sukces na obecnym rynku. Stawiamy na Polaków!

Polska to kraj ojczysty i prościej się  pisze o czymś, co znamy – Romanowska.

Być może wielu z nas sądzi, że polscy pisarze nie umywają się do tych zachodnich, zagranicznych autorów. Niejednokrotnie spotkałam się z opinią na temat książek, których akcja dzieje się w Polsce, gdzie częstymi, przewijającymi się niczym echo słowami, były: nierzeczywista, nierealna, bezsensu, dziwni bohaterowie, przerażający styl. A i pojawiło się słowo „niewiarygodna” w tym negatywnym znaczeniu: - Pojęcie „wiarygodna”, jak zresztą wszystkie, jest wieloznaczeniowe. Często, gdy opisywana historia jest drastyczna albo bajkowa, podświadomie wolimy czytać, że dzieje się to gdzieś tam, daleko – nie u nas – wyjaśnia Kwiatkowska, a Agnieszka Lingas-Łoniewska, dodaje: - To utarty schemat, taka „urban legend”, czasami ludzie powtarzają to jako własny osąd, a tak naprawdę nawet nie próbowali zapoznać się z twórczością polskich autorów. Być może wina leży po stronie słabej ich promocji, a związane jest to oczywiście z problemami finansowymi będącymi czasami normą w tej branży. Jednak zapewniam, że polscy autorzy też potrafią pisać „z jajem”, wciągając Czytelnika w czasami groźny, innym razem szalony i wesoły świat. Dlatego też czytam książki polskich autorów i pomagam w ich promowaniu.
Trzeba też dodać, że nasi zachodni pisarze często popadają ze skrajności w skrajność, a ich piętą achillesową jest pisanie na jedno kopyto. W każdej dziedzinie istnieje moda na coś. – wyjaśnia Łoniewska. -W przypadku literatury światowej na pewno modny jest teraz romans paranormalny, w którym bohaterowie to postaci obdarzone nadprzyrodzonymi mocami, pałające jednocześnie gorącym uczuciem do śmiertelniczek lub śmiertelników. Jeśli chodzi o trendy polskie, to chyba ciepłe i lekkie opowieści o kobietach, które postanowiły odmienić swój los i diametralnie zmienić życie swoje, a i czasami innych ludzi.